Gdy wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu rzekł: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę».
Mk 10, 17-19

Zastanawiamy się czasem jak powinniśmy postępować. Jak rozwiązywać konflikty, zwrócić komuś uwagę (lub nie zwracać), wyjść z trudnej sytuacji? Szukamy właściwej instrukcji działania. Rzeczywiście bywają sytuacje tak trudne, że nie wiadomo co zrobić. Jednak wydaje mi się, że naszym pierwszym problemem nie jest brak wiedzy, ale brak wprowadzania jej w życie. Przecież z grubsza wiemy jak powinniśmy żyć. „Znamy przykazania”. I nie tylko przykazania. Od dziecka słyszymy wiele wskazówek, które są tak znane, że wydają się banałami. Znamy je tak dobrze, że o nich zapominamy. Słyszałem kiedyś, że nauka moralności jest w zasadzie jej przypominaniem i muszę przyznać, że jest w tym wiele racji. Wiele dylematów rozwiązuje się nie wtedy, gdy ktoś nam powie co robić, ale wtedy, kiedy zaczniemy robić to, co w zasadzie od początku rozpoznawaliśmy (lub powinniśmy rozpoznawać) jako właściwe. Zanim zaczniemy się uczyć bardziej szczegółowych prawideł, powinniśmy przestać lekceważyć te ogólnie znane i zacząć wprowadzać je w życie.

Pomyślmy o rzeczach, które mówi się dzieciom. Na przykład „nie wolno kłamać”, „powiedz mu, że nie lubisz jak cię tak nazywa” (gdy ktoś przezywa dziecko), „nie wychodź taki zgrzany na wiatr, bo będziesz chory”. Wydaje mi się, że najmniejszą pokusę odczuwamy przeciw temu ostatniemu powiedzeniu. Dlaczego jednak kłamiemy i dlaczego nie rozwiązujemy konfliktów spokojnie upominając tego, kto w jakiś sposób nam podpadł? Myślę, że odpowiedź trzeba zacząć od prześledzenia, skąd w ogóle czerpiemy wiedzę o tego typu zasadach.

Na początek poznajemy te zasady w teorii. Słyszymy je od kogoś, ewentualnie sami do nich jakoś dochodzimy. Dzięki temu wiemy jak powinno być. Gdyby ktoś nas zapytał jak wzorowo powinniśmy postąpić w takiej albo takiej sytuacji, to potrafilibyśmy mu łatwo odpowiedzieć. Taką wiedzę teoretyczną nazwałbym pierwszym etapem.

Kiedy jednak przydarza nam się, lub choćby może się przydarzyć coś, co wymagałoby od nas zastosowania naszej wiedzy, wtedy pojawia się problem. Odkrywamy coś, o czym tak często się nie mówi. Zauważamy, że te proste i jasne zasady są niezwykle trudne do wprowadzenia w życie. Kiedy ktoś mnie w jakiś sposób krzywdzi, to ostatnia rzecz na jaką mam ochotę, to rozmowa z tą osobą. I to jeszcze taka naiwna, „nie rób tak, bo tego nie lubię i jest mi źle”. Wiadomo, że nie można kłamać, ale co zrobić, gdy ktoś zapyta dlaczego jeszcze nie wykonałem swojego zadania? Nagle nasze ideały zderzają się z rzeczywistością i wydają się do niej nie przystawać. Wtedy (być może już wcześniej) pojawia się myślenie, że te wszystkie ideały nie nadają się do stosowania w praktyce.

W najlepszym wypadku po prostu uważamy, że są za trudne. Możemy też uważać, że one nadają się do stosowania jedynie w rzadkich, czarno-białych okolicznościach lub że w ogóle są wzięte z jakiegoś wyidealizowanego świata. Możemy odrzucić je jako zbyt naiwne lub po prostu błędne. Myślę, że najczęściej nie tyle świadomie je odrzucamy, co po prostu nie przychodzą nam nawet do głowy jako realna możliwość działania. Przychodzą mi do głowy przede wszystkim trzy przyczyny, dla których odstępujemy od naszych pierwotnych ideałów.

Po pierwsze, różne rady i mądrości życiowe, które słyszymy od różnych autorytetów lub do których sami dochodzimy mogą być po prostu błędne. Wzięte nie tyle z np. doświadczenia wielu pokoleń ludzi, co choćby z cynizmu, błędnego światopoglądu, czy w jakikolwiek inny sposób nieprawdziwe. Wtedy zauważenie, że się nie sprawdzają w życiu jest jak najbardziej prawidłowe. Dzisiaj jednak chciałbym się skupić na przypadkach, w których zasady, które odrzucamy nie są błędne. Myślę, że w wielu przypadkach błędne wskazówki możemy rozpoznać jeszcze na pierwszym etapie, o ile uczciwie się nad nimi namyślimy, choć taki namysł też bywa obarczony błędem.

Drugą przyczyną jest wspomniana już trudność wymagań, które są przed nami stawiane. Często nie jesteśmy gotowi na przekroczenie siebie, które jest wymagane, żeby pozostać wiernym swoim ideałom. Tak długo, jak znamy je tylko w teorii, ta trudność jest w jakiś sposób ukryta, a kiedy objawi się w praktyce nagle zderzamy się ze ścianą. Każdy wie, że trzeba przebaczać, że chowanie urazy niszczy od środka, ale kiedy ktoś rzeczywiście nas skrzywdzi, to nagle okazuje się, że to jest potwornie trudne.

Trzecią przyczyną jest brak widocznych efektów. Ciężko jest zdecydować się na zrobienie czegoś trudnego, jeśli nie ma się w perspektywie jakiegoś dobra, które można w ten sposób osiągnąć. Niestety takie dobro bywa ukryte. Wydaje mi się, że są trzy sposoby takiego ukrycia, które spróbuję pokazać na przykładzie. Wyobraźmy sobie jeszcze raz dziecko, któremu ktoś dokucza w szkole. Załóżmy, że to dziecko zdecyduje się powiedzieć prześladowcy, jak przykrymi dla niego są te wybryki. Co się może wtedy stać? Może być tak, że usłyszy od razu „no dobrze, już nie będę” albo nawet „przepraszam”, ale często zamiast tego padnie jakiś głupi komentarz. Tylko tyle widzi ten, kto się zdobył na rozmowę. A potem?

Po pierwsze może być tak, że rozmowa przyniosła efekt szybko, ale w ukryciu. Prześladowca zrozumiał, że przesadził, ale wstydzi się do tego przyznać, więc zachowuje pozór nieporuszonego, ale od tej pory daje spokój (lub chociaż więcej spokoju niż zazwyczaj) swojej ofierze.

Po drugie, czasem na efekt trzeba czekać nawet latami. Może być tak, że prześladowca nie zmieni swojego zachowania, ale ta rozmowa w nim zostanie i może już w innym środowisku i w stosunku do innych ludzi zachowa się inaczej.

Po trzecie, działanie może być zwyczajnie nieskuteczne. Jego pozytywnych efektów nie widać po prostu dlatego, że ich nie ma. Prześladowca może zupełnie nie przejąć się tym, co jego ofiara czuje, a wręcz wyśmiać jego zwierzenia. Niestety efekt nie jest gwarantowany, ale mimo wszystko jest warty prób. W naszym przykładzie jeśli do niegrzecznego dziecka dotrze, że swoim zachowaniem krzywdzi innych, to zmieni się na lepsze. Rozmowa z prześladowcą jest trudna, ale „jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata” (Mt 18, 15). To znacznie więcej, niż tylko zapobieżenie dokuczaniu. Dlatego właśnie warto się tego podjąć.

Myślę, że innym dobrym przykładem jest próba zmiany czyjegoś poglądu na jakąś sprawę. Jeśli rzeczywiście chcemy to zrobić, musimy umieć wysłuchać drugiej osoby, potrafić przedstawić przekonujące argumenty, nie okazywać zniecierpliwienia lub lekceważenia przeciwnych poglądów i zazwyczaj poświęcić na rozmowę (lub rozmowy) trochę czasu. Przy tym wszystkim nie wiadomo, czy rzeczywiście uda się kogoś przekonać. Jeśli jednak się uda, to rzadko będzie to widać od razu. Ciężko jest się od razu przyznać, że w sumie to ten drugi ma rację, a ja nie. Zazwyczaj nie jest to też tylko kwestia osobistej pokory, ale tego, że trzeba mieć czas na spokojne przemyślenie argumentów drugiej strony. Czasem zmiana zdania może przyjść lata po rozmowie, kiedy życie zweryfikuje użyte argumenty. Z własnego doświadczenia wiem, że te osoby, które doprowadziły mnie do zmiany zdania na jakiś temat prawdopodobnie o tym nie wiedzą, bo ich słowa musiały trochę przeleżeć w mojej głowie, zanim to się stało. Podczas rozmowy każdy odszedł ze swoim przekonaniem.

Wracając jednak do głównego wątku, dochodzimy właśnie do drugiego etapu poznawania różnych mądrości życiowych. W pierwszym znaliśmy je jedynie w teorii, a teraz pojawiają się przed nami w praktyce. Na tym etapie doświadczamy przede wszystkim trudności i pozornego nieprzystawania do rzeczywistości naszych ideałów. Widzimy, że w praktyce „nikt tak nie robi”, nie widzimy natomiast jaki efekt miałoby nasze działanie przynieść.

W tym miejscu warto zauważyć, że jeśli nie przejdzie się tej próby i odstąpi od uznawanych wcześniej zasad, to wytwarza się pewna niebezpieczna sytuacja. Chwała temu, kto powie „wiem, że powinienem postąpić inaczej, ale nie dałem rady”. Mamy jednak skłonność, żeby nie mówić „ja okazałem się za słaby”, ale raczej „to niemożliwe”, „to bez sensu”, „to było naiwne”. Niebezpieczeństwo jest tym większe, że osoba, która odpada przy drugim etapie będzie przekonana, że tak mówi jej doświadczenia, że przekonała się na własnej skórze, że jest tak, a nie tak. Ja z kolei jestem przeciwnego zdania. Drugi etap, to czas, kiedy wiemy najmniej. Nawet te osoby, które są na pierwszym etapie mają wiedzę jak powinno być. Osoby na drugim etapie mają skłonność do zapominania czy odrzucania całej tej wiedzy, bo jedyne co widzą, to ogromny trud.

Gdybym miał to z czymś porównać, to powiedziałbym o wycieczce jakimś pięknym szlakiem, np. w góry. Na pierwszym etapie planujemy trasę na mapie, zasięgamy opinii tych, którzy tam byli itp. Drugi etap to początek wędrówki. W tym momencie nie ma żadnych pięknych widoków, a jest jedynie ciężki plecak i strome podejście. Kto nie przejdzie drugiego etapu, będzie mówił osobom na pierwszym etapie, że nie ma sensu tam iść, bo tam był, namęczył się i nie widział nic ciekawego. Oczywiście nie mógł nic zobaczyć, bo piękno tego szlaku pojawia się dopiero później. Oczywiście namęczył się, bo na początku jest najbardziej pod górę. Nie przeszedł całości, ale mówiąc, że tam był, sprawia wrażenie jakby wiedział więcej. Jednak nawet na mapie widać całą okolicą, a stojąc przed zboczem góry widać przed sobą jedynie tę górę, która wszystko inne zasłania.

W tym obrazie trzeci etap osiągają ci, którzy przeszli cały szlak. Poznali całą jego trudność, łącznie z zakwasami w kolejnych dniach po jego przejściu, ale też widzieli to, co rzeczywiście ma do zaoferowania. Czasem do dobrego poznania szlaku trzeba go przejść więcej niż raz, ponieważ za pierwszym razem widoki mogą skryć się we mgle. W ogólności o trzecim etapie mówiłbym wtedy, kiedy ktoś przetrwał próbę i pomimo trudności zrobił to, o czym wiedział, że należy to zrobić. Co więcej, minęło tyle czasu (czasem spora część życia, choćby podczas wychowywania dzieci), że mógł poznać konsekwencje takiego postępowania. Taki człowiek ma największą wiedzę o danej sytuacji, ponieważ jego poznanie teoretyczne z pierwszego etapu zostało uzupełnione przez własne doświadczenie. Przeżył też wszystkie trudności, które doskwierają na drugim etapie. Właśnie od takich ludzi pochodzą te wszystkie dobre rady i właśnie ich przeżycia je potwierdzają, przez co rady te nadal są powtarzane.

Warto przy tym zauważyć, że zarówno osoby, które dotarły do trzeciego etapu, jak i te, które nie przeszły drugiego, będą opisywać tę samą sytuację odwołując się do swojego doświadczenia. Ich opis jednak zazwyczaj będzie się różnił. Osoba na trzecim etapie najpierw przyjęła radę pochodzącą od tych, którzy osiągnęli go wcześniej, potem wytrwała podczas próby i w końcu może powiedzieć, że rzeczywiście jest tak, jak jej mówiono. Teoria zyskała potwierdzenie w praktyce. Osoba rezygnująca na drugim etapie doświadczyła przede wszystkim trudności i odrzuciła przyjmowany wcześniej pogląd (czasem zaczynając go traktować z pewnym cynizmem).

Wiąże się to z pewnym problemem. Jeśli chcemy postępować jeszcze nawet nie dobrze, ale po prostu rozumnie, to praktyka powinna wynikać z teorii. Innymi słowy nasz światopogląd, który wyznajemy, powinien być podstawą naszych decyzji i uczynków. Nie zawsze wytrwamy w obliczu trudności, ale tak długo, jak uznajemy, że nie postąpiliśmy tak jak powinniśmy, to nie jest jeszcze tak źle. Jeśli jednak trudności nas przerosną, to pojawia się skłonność do tego, żeby się usprawiedliwić odrzucając teorię („to szaleństwo wymagać czegoś takiego”). W ten sposób nasz światopogląd jest kształtowany przez to, co akurat daliśmy radę zrobić, a jak przywykniemy, to nawet przez to, co wygodnie nam było zrobić. Taki „światopogląd” będzie niespójny i dostosowywany do tego, co robimy, kiedy to powinno być na odwrót. Ktoś zamiast zastanawiać się nad tym jak powinien postępować, skoro uznaje takie, czy inne wartości, zaczyna zastanawiać się jakie wartości wyznaje, skoro chce postępować tak albo tak. Mówię co prawda o wygodzie, a wcześniej o dokuczaniu w szkole, ale to samo dotyczy ogromnych trudności, jak na przykład ciężką chorobę kogoś bliskiego (i pomoc tej osobie), przebaczenie komuś jakiejś wielkiej krzywdy, jak choćby zdrada małżeńska. Myślę, że wiele ludzi traktuje zdradę jako automatyczny rozwód, natomiast przebaczenie w takiej sytuacji może być traktowane jako coś dziwnego, czy wręcz okazanie słabości, czy naiwności.

Kiedy nasze uczucia mówią co innego niż rozum, stajemy po stronie uczuć a nie rozumu. Często są one tak silne, że trzymanie się swoich wartości jest niemal niemożliwe i jeśli ktoś im ulegnie, to można go zrozumieć (choć jeśli zrobił coś złego, to niekoniecznie usprawiedliwić). Jednak wydaje się, że mamy teraz tendencję do normalizowania takiego zachowania. Być może to miał na myśli G. K. Chesterton, gdy sto lat temu nazywał swoją epokę wiekiem kryzysu rozumu.

Za taki prostym stwierdzeniem, że powinniśmy przebaczać innym krzywdy, kryje się coś wielkiego. Z jednej strony powalające prostotą stwierdzenie, które traktujemy jako banał, coś, co słyszymy tak często, że się tym nudzimy. Każdy to wie. Kiedy jednak to my mamy przebaczyć, doświadczamy najpierw jak to wiele kosztuje, a jeśli nie cofniemy się przed trudnością, przekroczymy się i rzeczywiście przebaczymy, być może zobaczymy jak wielkie owoce może wydać taki czyn. Podobnie ciężko jest się zdecydować np. na posiadanie dzieci, a jednak pomimo ogromnego trudu jest to też jedna z największych rzeczy, jakich można dokonać na ziemi. Powołać do życia i ukształtować człowieka. Te najprostsze rzeczy niespodziewanie kryją ogromny ładunek trudu i owoców, który kryje się pod czasem naiwnymi wręcz stwierdzeniami. Kiedy więc przyjdzie nam się zmierzyć z bardziej lub mniej trudną sytuacją, zatrzymajmy się na chwilę, żeby pomyśleć co powinniśmy zrobić, a potem po prostu to zróbmy. To aż takie proste, chociaż tak trudne.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

2 Komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
trackback
2 lata temu

[…] pierwsze, brakuje nam wewnętrznego przekonania, że słowa są istotne (na podobnej zasadzie jak tutaj). Myślimy mniej więcej tak: „Co z tego, że powiedziałem o nim coś złego znajomym, przecież […]

trackback
2 lata temu

[…] testem naszej wiary jest gotowość do działania zgodnie z tym osądem, o czym częściowo już pisałem. Mając na uwadze to, o czym planuję pisać w przyszłości oraz właśnie ciągle rzucający mi […]